Artykuł z serii „Głos Serca”, w której Sercańscy Misjonarze Krajowi dzielą się świadectwami i treściami rodzącymi się w doświadczeniu ich posługi misyjnej i rekolekcyjnej. Zapraszamy dziś do lektury świadectwa ks. Bogdana Kuty SCJ.

Jestem misjonarzem krajowym od 31 lat. Pewnie już wystarczająco długo by odkryć piękno tego powołania. Przepowiadanie Słowa Bożego, które było w centrum działalności publicznej Jezusa podejmowane dzisiaj poprzez nas kapłanów Bożego Serca jest bez wątpienia wielkim zaszczytem i choć na ścieżkach realizacji tej misji przez lata niejednokrotnie trzeba stawić czoła zmęczeniu czy pokusom zniechęcenia rodzi w sercu ostatecznie wielką radość i wdzięczność Jezusowi za zaproszenie do uczestnictwa w Jego zbawczych planach. 

Czas, w którym odkryłem to zaproszenie zbiegł się z decyzją pragnienia bycia sercaninem. Gdy przed laty w czasie matury zobaczyłem w klapie marynarki ks. Andrzeja Kościuczyka, który przyjechał do mojej rodzinnej parafii, sercański krzyżyk i usłyszałem, z jakim zapałem mówił o swoich wyjazdach misyjnych, czułem w sercu, że jest to dla mnie chwila szczególna. Gdy później będąc w jego pokoju zobaczyłem dużą mapę Polski z wbitymi chorągiewkami oznaczającymi miejsca wygłoszonych rekolekcji, uwiadomiłem sobie, że jest to i moja droga, na którą zaprasza mnie Jezus. I choć czułem w sercu powołanie do kapłaństwa już od kilku lat, to właśnie wtedy nabrało ono konkretnego kształtu i kierunku. Nigdy później w moim pokoju nie było podobnej mapy, jednak biorąc do rąk notatnik, w którym zapisuję wszystkie moje wyjazdy mam przed oczami tę mapę Polski z pokoju księdza Andrzeja.

Niektóre z tej długiej listy moich wyjazdów utkwiły mi w pamięci szczególnie, jak choćby ten pierwszy na rekolekcje wielkopostne do parafii Arka w Nowej Hucie w Krakowie, gdzie wskutek feralnej pomyłki pilnie poszukiwano misjonarza, który następnego dnia ma wolny termin i może wygłosić rekolekcje. Miałem minutę na decyzję, pół godziny na spakowanie, ale w sercu przecież od dziesięciu lat czekałem na tę chwilę. Arka, będąca wówczas prawdopodobnie największą parafią w Polsce, niekoniecznie była najlepszym miejscem na pierwszy wyjazd rekolekcyjny, ale spakowałem się i pojechałem. Większość innych wyjazdów w dużej mierze rozmyła się w mojej pamięci i gdy wracam po jakimś czasie do tej samej parafii, często nie jestem w stanie wydobyć z mojej pamięci wielu szczegółów z poprzedniego pobytu. Prawdę mówiąc z podziwem mieszającym się z niedowierzaniem, słuchałem kiedyś relacji starszych misjonarzy, którzy twierdzili, iż pamiętają każdy swój wyjazd rekolekcyjny.

Z czasem odkryłem, iż inaczej głosi się Słowo Boże w miejscu zamieszkania na niedzielnych kazaniach, a inaczej będąc na rekolekcjach czy misjach. Moc działania Ducha Świętego czuje się wtedy niejako ze zdwojoną siłą i słowa jakby same płyną z serca. Rzadko kończę kazanie słowem Amen. Myślę, że od gromkiego „Panie Boże zapłać” cenniejsze jest zostawienie słuchaczy z pytaniem czy niedopowiedzeniem motywującym do osobistych przemyśleń i dającym szanse i czas by postawione pytanie penetrowało przestrzenie ludzkiego serca. I chyba tak często jest - gdy Słowo Boże dotknie czułych punktów naszej duszy, już nie słyszymy kolejnych słów kazania tylko płyniemy w głąb siebie, by przeżyć wyjątkową chwilę spotkania z Bogiem, który uzdrawia, pociąga ku sobie, czy mobilizuje do zmian w swoim życiu. O większości tych doświadczeń jako misjonarze nigdy się nie dowiadujemy, ale czasem ktoś pragnie podejść i powiedzieć choćby jedno słowo dziękuje, które rodzi w sercu misjonarza satysfakcję i świadomość tej posługi.  

Mam taką niepisaną umowę z moim patronem imienia kapucynem Bogdanem Leopoldem Mandicem, który chciał, podobnie jak ja, głosić Słowo Boże. Z racji niskiego wzrostu (137 cm) przełożeni skierowali go do posługi w sakramencie pojednania. Będąc w kościele w Padwie, w którym przez lata służył wiernym, udzielając sakramentu pojednania, zawarłem z nim umowę: Ty nie mogłeś zrealizować swoich marzeń, a mnie jest to dane. Będąc więc twoim imiennikiem, będę głosił Słowo Boże również w twoim imieniu, a ciebie proszę o wstawiennictwo i modlitwę o owoce tej misji. I tak trwa ta umowa między nami od lat. 

Pewnie podobnie jak dla większości misjonarzy w centrum mojego przepowiadania jest głoszenie przesłania Bożej miłości. Zapewne setki razy wypowiedziałem słowa: Gdybyś tylko ty jeden żył na świecie, to dla ciebie jednej, dla ciebie jednego Jezus przyszedłby na świat i oddal życie na krzyżu. Bóg nie kocha jakąś wielomiliardową masę ludzką zamieszkującą planetę Ziemia, ale kocha ciebie osobiście. Zna cię po imieniu i dla ciebie stworzył niebo. Ciebie osobiście pragnie prowadzić po ścieżkach życia i kiedyś obdarzyć wiecznym szczęściem. Wystarczy tyko Bogu powiedzieć tak i pójść za Nim… 

To wielkie szczęście widzieć jak Bóg kieruje naszym życiem i posługuje się nami dla swoich zbawczych planów. Jako misjonarze krajowi mamy w tym swój udział.  

Ks. Bogdan Kuta SCJ