Po raz pierwszy spotkałem ojca Czesława 2 maja 1999 r., gdy w mojej rodzinnej parafii rozpoczynał głoszenie misji intronizacyjnych Najświętszego Serca Pana Jezusa. Pierwsze słowa, które skierował do mnie, brzmiały: “Będę się modlił, abyś został księdzem”. Odpowiedziałem po prostu: “Niech się ksiądz modli”. I wymodlił.

Skąd wiedział, że w moim sercu, odkąd sięgam pamięcią, było pragnienie kapłaństwa ‒ po ludzku nie da się tego wytłumaczyć. On po prostu miał taki charyzmat… jeden z wielu charyzmatów, które budowały jego sercańskie powołanie.

Jestem jednym z wielu, którzy jako nastolatkowie gromadzili się przy nim w czasie rekolekcji powołaniowych, które systematycznie organizował przez długie lata dla chłopców w Jasienicy. Miałem szczęście uczyć się od niego, co znaczy być duchowym synem o. Dehona, kiedy przez dwa lata żyłem z nim pod jednym dachem, przygotowując się do matury i ostatecznie decydując się na życie w Zgromadzeniu Księży Najświętszego Serca Jezusowego.

Ojciec Czesław ‒ w sercańskim środowisku wiadomo było, o kogo chodzi ‒ faktycznie był prawdziwym ojcem. W doświadczeniu mojego życia zastąpił mi ojca, którego nie miałem. Dla wielu jego znajomych także był ojcem duchowym, który każdego przyjmował z otwartym sercem i uśmiechem na ustach, chociaż potrafił być też wymagający i stanowczy, o czym świadczy pseudonim nadany mu przez pielgrzymów radomskiej grupy pielgrzymkowej nr 6: “Jastrząb”. Tak nazywali go, ponieważ w różnych sytuacjach potrafił dostrzec i ‒ delikatnie mówiąc ‒ upomnieć tych, którzy postępowali nie tak, jak być powinno.

Był rozmiłowany w Eucharystii. Ogromnie budujące było dla mnie jego świadectwo wierności modlitwie, którą łączył harmonijnie z pracą. I nie chodzi tylko o posługę kapłańską, ale przede wszystkim o pracę w ogrodzie, który kochał i, gdy tylko miał ku temu możliwość, spędzał w nim każdą wolną chwilę… włącznie z momentem opuszczenia tego świata. Często dzielił się ze mną “złotą myślą”, którą sam się w życiu kierował: “Chłop, żeby nie miał czasu na głupoty, musi mieć dużo roboty.”

Nie mogę też nie wspomnieć o zamiłowaniu o. Czesława do spraw kulinarnych. Potrafił świetnie gotować i lubił dyskutować na temat przygotowywania różnorodnych potraw, którymi chętnie częstował przybywających w odwiedziny gości czy też chłopców zgromadzonych na rekolekcjach. Pamiętam zabawną sytuację, kiedy nakarmił grupę rekolekcyjną naleśnikami nadziewanymi… buraczkami ćwikłowymi. Stały one obok słoików z dżemem i nastąpiła mała pomyłka. Było przy tym wiele radości, a chłopcy dzielnie zjedli naleśniki o dziwnym smaku, doprawiając je na talerzach większą ilością cukru…

Nie zapomnę obrazu o. Czesława modlącego się w domowej kaplicy jasienickiego domu. Zawsze wierny kapłańskiej modlitwie Liturgią Godzin, po odmówieniu psalmów długie chwile spędzał na medytacji i trwaniu w adoracji ‒ to mnie w nim niesamowicie urzekało. Msze święte, które sprawował w domowej kaplicy, zawsze były pełne namaszczenia i modlitewnego skupienia. Ich charakterystycznym elementem były niezwykle długie chwile ciszy w czasie dziękczynienia po Komunii Świętej. Eucharystia ‒ Msza Święta i adoracja ‒ to było jego duchowe źródło sił i inspiracji.

O. Czesław zjednywał sobie serca wielu osób, o czym świadczyły częste odwiedziny osób przeróżnego stanu i statusu społecznego ‒ od bardzo prostych i ubogich ludzi, po wykształconych, zamożnych i wpływowych ‒ w każdym widział przede wszystkim przyjaciela i duchowe dziecko. Wielokrotnie towarzyszyłem mu w wyjazdach w różne zakątki naszego kraju i nie tylko ‒ chociażby podczas objazdu pielgrzymkowej trasy czy też przy innych okazjach. Niemal wszędzie, gdzie tylko zajechaliśmy, odwiedzając swoich przyjaciół, był przyjmowany z wielką radością i serdecznością. Pamiętam wiele rozmów, w których wyrażał ogromne zatroskanie o swoich znajomych, którzy przeżywali życiowe trudności. Fascynowała mnie jego znajomość tak wielu osób i to znajomość niezwykle bliska, serdeczna i osobista ‒ do każdego podchodził bardzo indywidualnie. Jego wrażliwe na drugiego człowieka serce zawsze było gotowe do pomocy ‒ nie tylko duchowej, tej materialnej także ‒ był niezwykle hojnym człowiekiem.

Poznałem go jako misjonarza krajowego i jego przykład rozbudził w moim sercu pragnienie właśnie takiej posługi. Niestety nie dane mi było nigdy współpracować z nim w posłudze głoszenia misji, choć wielokrotnie planowaliśmy wspólną posługę. Wielką radością mojego już kapłańskiego życia jest fakt, że w parafii, gdzie pełniłem posługę proboszcza, w 2023 roku przeprowadził parafialne misje oraz wygłosił rekolekcje adwentowe nieco ponad pół roku przed swoim odejściem do domu Ojca. I znowu to, co mnie zachwyciło w jego posłudze, to niezwykła aktualność nauczań na obecne czasy. To utwierdziło mnie w przekonaniu, które towarzyszyło mi od kiedy poznałem o. Czesława, że był on także wielkim miłośnikiem Kościoła i żył Jego aktualnymi sprawami.

Ojciec Czesław żył bardzo aktywnie, w niezwykłej harmonii między tym, co duchowe oraz tym, co materialne. Nie marnował otrzymanych darów, którymi chętnie dzielił się z napotkanym człowiekiem. W moim sercu pozostanie na zawsze jako mój ojciec, który położył mocny fundament mojej tożsamości sercańskiej i który, z Opatrzności Bożej, zrodził mnie dla tej zakonnej rodziny. Odszedł z tego świata do Królestwa Serca Jezusowego, któremu oddał całe swoje życie.

 

Ks. Dariusz Lewczak SCJ